Kler jest o nas

“Zranienie to szczelina, przez którą przechodzi światło” (mądrość suficka)

Kler. To nie jest film tylko o nadużyciach w kościele katolickim. I nie tylko o Polsce.

Dla mnie to obraz przerażającego, ogromnego cierpienia. Każdy może odnaleźć w nim swoją cząstkę.

To obraz tego, co dzieje się z krzywdą, która wydarzyła się we wcześniejszych pokoleniach (niekoniecznie rodzinnych) i która dzieje się nadal – jest odgrywana według tragicznego scenariusza powtórzeń. Cierpienie polegajace na nadużywaniu, zaniedbywaniu, krzywdzeniu przenoszone z pokolenia na pokolenie, z góry na dół, z ojca na syna, z nauczyciela na ucznia. Patologii milczenia i niewidzenia.

Tylko odkrycie i wypowiedzenie prawdy – głośne i jednoznaczne – pozwala zmienić kierunek tej historii. Niektórzy doświadczają przebudzenia. Inni nadal tkwią w grubej i zaciskającej się pętli cierpienia, zadając je także innym i przymykając oko, nie!, wyłupiając sobie oboje oczu, by nie widzieć rzeczywistości.

To, że nadużycie nie zostaje wypowiedziane, ukarane, zadośćuczynione (o ile to w ogóle możliwe!) generuje destrukcyjny łańcuch zdarzeń, w którym ofiara – chcąc sobie poradzić z tym, co się wydarzyło – staje się oprawcą. “Poradzenie sobie” polega na przekazaniu “tego, co nieznośne” dalej. Sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna gdy ofiara – oprawca staje się ratownikiem, “pomagaczem” czyli kimś, kto korzysta z kredytu zaufania publicznego. Ksiądz, nauczyciel, lekarz, terapeuta, powinien być osobą o wysokim poziomie empatii i rozwoju etycznego. Chcielibyśmy, aby  tak było gdyż powierzamy jej naszą duszę, umysł i/lub ciało.

Jest jednak coś przerażającego w tym micie, jak i w naszym zawierzeniu. Czy jako dorosła stanowiąca o sobie osoba naprawdę potrzebujemy oddawać się w ręce innych? Czy nasze korzystanie czy to z opieki medycznej, psychologicznej, czy duchowej musi nosić znamiona dziecięcej relacji z rodzicem? Bez wątpienia osoby pracujące w wymienionych powyżej zawodach niosą na sobie dużą odpowiedzialność – nie przekazują światu tylko siebie samego (a nawet swojej firmy), ale symbolizują potężne wartości. Mają też do czynienia na codzień z tym, co jest największym i najbardziej intymnym potencjałem ludzkim. Dlatego zawody te wymagają pewnych predyspozycji, kompetencji oraz struktur, które wspierałyby i chroniły przed wypaczeniami. Teoretycznie gdy jednostka się chwieje, struktura ma ją podtrzymać. Tu jednak mamy do czynienia z całkowitą degeneracją samej struktury. Znikąd pomocy…

Gdy “ratownik” czyli osoba wykonująca zawód zaufania publicznego jest zarazem ofiarą, która nie miała dotąd szansy uzdrowić swego cierpienia, jak i oprawcą (przekazując swoje cierpienie dalej) wykolejeniu ulega cały kontekst etyczny  tej  sytuacji. Podważone zostają podstawowe wartości. Czujemy, iż nasz świat drży w podstawach. A może po prostu runął…

Obserwujemy teraz rozpad wielu struktur, które dawały nam poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Lub też: były nośnikiem naszej projekcji i idealizacji. Przywódcy duchowi, księża, lekarze, terapeuci, nauczyciele. Kościół, organizacja charytatywna, związek wyznaniowy, zawodowy (nie mówiąc o państwie). Ich ciemne niezintegrowane oblicze rozegrane w czynach zostaje ujawnione. W czasach po  #metoo nie ma już miejsca ani zgody na przymykanie oka. Z dnia na dzień wyświetla się nam prawdziwa skala nadużyć. Upadają autorytety, gliniany posążek guru sięga bruku.

Nie trzeba jednak mylić tego oto konkretnego człowieka z wartościami. Dobro istnieje nawet jeśli ksiądz dopuścił się straszliwych nadużyć. Nauki niosą w sobie pożytek nawet jeśli ten, który je przekazywał ma brudne dłonie. Prawdę zawsze można przywołać nawet jeśli cały system został zatopiony w kłamstwach i korupcji. Piękno może się pojawić nawet jeśli to, co widzimy na pierwszy rzut oka to ohyda.

Gdy “kolosy na glinianych nogach”(A.Storr) spadają z piedestałów, a sysytemy i instytucje ulegają rozkładowi nie oznacza to dla mnie, iż w poczuciu rozczarowania i żalu mam się odwrócić od tego, co cenne – od źródła, ku któremu te osoby i organizacje miały mnie kierować. Przeciwnie – to czas mojej (może też Twojej i naszej?) odpowiedzialności i dojrzałości. Czy po prostu zrezygnujemy i odsuniemy się czy jeszcze mocniej będziemy działali na rzecz wydbobycia wspaniałych skarbów, na rzecz ocalenia i oczyszczenia wartości z całego tego nalotu, który nie pozwala im teraz błyszczeć pełnią ich światła? Polerowanie drogocennego kamienia. Troska o przekaz, o nauki i o to, jakie dobro mogą zainicjowwać w życiu ludzi, do których dotrą. Czy mogę / możemy / być ich przekaźnikiem? Bez żadnych etykietek, bez instytucji, hierarchii, wzniosłych zasad? Po prostu pozwolić im przeświecać przez siebie?

*

Jeśli patrzę na Kler z zamkniętym sercem, czuję ogromną złość. Gdy otwieram serce, czuję ogrom współczucia, aż po łzy. Jasno widzę jak cierpienie (nieusprawiedliwialne niczym) tworzone przez tego oto człowieka wypływa – jak krew z rany – z jego straszliwych doświadczeń. Widzę mechanizmy obronne, wewnętrzną walkę, odcięcie od uczuć i rzeczywistości.

Na obrazku do tego wpisu widnieje witraż z Trójcą Świętą. Kryje się tu wskazówka. Chrystus był prześladowany, katowany i bestialsko zamordowany. Był (dobrowolną) ofiarą. Nigdy jednak nie stał się oprawcą. Właściwie to odwrócił On ład “trójkąta dramatycznego”: uzdrowiciel transformuje swoje własne cierpienie po to, by pomagać w tym innym, by pokazać drogę. Możliwe jest wyjście z błędnego koła krzywdy.

W filmie Smarzowskiego niektórzy budzą się, otwierają oczy i serce i znajdują swoje unikalne wyjście. Nazywają prawdę, wypowiadają ją głośno, wyraźnie i dobitnie. To stanowi ich pomost, przejście do innego wymiaru. Wyjście poza spiralę zakłamania i przemocy ku współodczuwaniu z sobą samym i z innymi.

Inni jednak pozostają w swojej strategii ucieczkowej. Uciekają, oby dalej – od siebie, od złamanych żyć, których są autorami, od destrukcji i wstydu. Uciekają w sławę, pracę, alkohol. Bez spotkania ze sobą samym i swoim cierpieniem. Bez tego decydującego momentu, w którym – czujemy to – wreszcie serce się otwiera. Aż do tej chwili wszystko to, co robią i mówią  (choćby pozornie były to najbardziej “uświęcone” i pożyteczne słowa czy działania) jest tylko przykrywką do brudu, który bulgocze wewnątrz. Brud ten – zatęchłe przez lata ukrywania cierpienie – infekuje innych wokół, czy to wprost jako wyrządzana krzywda, czy też jako rozprzestrzeniające się morowe powietrze pełne zakłamania i nieuczciwości.

Film Smarzowskiego zaprasza do głębokiej kontemplacji. Zatrzymujac się na stwierdzeniu “to straszne, obrzydliwe” czy “jak to się mogło w ogóle wydarzyć” nie docieramy do istoty sprawy.

Kto ponosi odpowiedzialność? Niektórzy mówią o chorobie całego systemu (w tym przypadku kościół), inni, iż to ludzie, wychowanie.

Sądzę że największym problemem jest niebranie odpowiedzialności. Trudno bowiem powiedzieć, że ludzie ci “nie wiedzą co czynią”. Że kierują nimi nieświadome potężne impulsy. Może i takie one są, ale nie oznacza to, iż nie możemy sobą kierować. Widzenie swoich destrukcyjnych impulsów wymaga podjęcia działań, by sobie z nimi poradzić (terapia, leczenie, odsunięcie się). Głównym problemem jest niewidzenie, przymykanie oka, czy, jak piszę na poczatku nawet wykalanie sobie obu oczu (symbolicznie np. upojeniem alkoholowym), by nie widzieć. Nie mieć jasnej i pełnej świadomości co robię innym poprzez to, że nie zająłem się moimi własnymi ranami. Jak bardzo krzywdzę innych. Kogo konkretnie, kiedy i w jaki sposób. Co to za sobą pociąga. Dla mnie i dla drugiej osoby. Dla świata. Jak to się ma do moich wartości. Kim jestem.

Kler pokazuje cały skorumpowany system- od samej góry (arcybiskup) aż do samego dołu (wiejski proboszcz). Wszyscy biorą udział w grze w niewidzenie, niebranie odpowiedzialności. Kłamtwo i przekupstwo są codziennymi praktykami. A z praktyk tych wyrastają zgniłe owoce. I jak mówi młody ksiądz: “niby jest wspólnota, ale nie ma do kogo gęby otworzyć”. Brak wsparcia. Samotność i zagubienie. I spirala cierpienia. Doświadczonego – zadawanego, bez końca. A wszystko przykryte wielką, ciężką chmurą uzależnień i rozmaitych nadużyć.

Czy możemy sobie wyobrazić takiego księdza (guru, nauczyciela, terapeutę), który doznał jako dziecko przemocy seksualnej i sam jako dorosły także rozpoznał u siebie skłonności do ranienia innych? Tak, to się zdarza: często, oże czasami. Wyobraźmy sobie, że podszedł do tego ze współczuciem (w pierwszej kolejności dla siebie), zrozumieniem i odpowiedzialnością? I że otrzymał wsparcie od innego człowieka, od instytucji…Wyobraźmy sobie, że dzięki temu wszedł na ścieżkę transformacji własnego cierpienia i autentycznie – po latach pracy nad sobą – był w stanie towarzyszyć innym w ich cierpieniu nie unikając i nie wypierając swojego…

Nieuzdrowiony uzdrowiciel nie będzie uzdrowicielem ani nie pokaże nam drogi ku prawdzie. “Zraniony uzdrowiciel” przetransormował swoje osobiste cierpienie w dary dla innych.

Kler to każdy z nas, a cierpienie, jakie w sobie nosimy może być różnej natury i rozmiaru. Jednak nie zajmując się nim, nie dając mu miejsca i słów robimy krzywdę sobie i innym. Stare cierpienie nie pozwala nam otworzyć serca, więc mimo, iż wchodzimy w bliskie relacje jesteśmy niedostępni, wycofani. Nie potrafimy sprostać emocjonalnym potrzebom partnera / partnerki. Nie potrafimy otworzyć się na własne dzieci. Dziecko w nas – to zastraszone, pełne wstydu i bólu nie znalazło bowiem możliwości, by się wyrazić. Nie daliśmy mu utulenia, zrozumienia i miłości, których koniecznie potrzebuje, by zmierzyć się z cierpieniem i móc się od niego uwolnić.

Kler jest o każdym z nas. Potrząsa, boli, przebudza. Mówi o strasznych rzeczach. Możemy wybrać, by widzieć je tylko na zewnątrz. Możemy kontemplować je także w sobie. To drugie jest z pewnością o wiele trudniejsze. Jedak najbardziej pomagamy światu mogąc być sobą i ze sobą – ze wszystkimi naszymi doświadczeniami, w duchu współczucia. Tylko wtedy istnieje szansa, że będziemy mniej wyrażać nasze krzywdy na zewnątrz krzywdząc innych. A jeśli nasz los tak się potoczył, że pracujemy z innymi ludźmi będziemy mogli zostać “zranionym uzdrowicielem”: kimś, kto doświadczył osobistego cierpienia, uznał je, pracował z nim, uzdrawiał i może po latach pracy nad sobą powiedzieć, że sam stał się szczeliną, przez którą przechodzi światło.

 

 

 

 

Barbara Tyboń – psychoterapeutka, coach

http://www.creatifs.pl

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s