Dlaczego mam mdłości gdy (znów) słyszę “rozwój osobisty”?

Pamiętam, jak będąc młodą osobą, tuż po ukończeniu studiów, szkoleń etc pojechałam do Krakowa na rozmowę w sprawie kursu, by zostać trenerem. Osoba, z którą rozmawiałam, starszy pan – najwyraźniej od lat osadzony w branży – zadał mi kilka niezwykle ciekawych pytań (które ostatecznie skłoniły mnie do rezygnacji z kursu:). Jedno z nich zostało ze mną do dziś: gdy powiedziałam, że interesuje mnie rozwój osobisty spytał on “ale czym dla ciebie jest rozwój osobisty?”. Chwila ciszy. “Potrzebujesz to sobie zdefiniować inaczej będziesz zmierzać w niewiadomo jakim kierunku. Ja już sobie na to pytanie odpowiedziałem i wiem dokąd zmierzam.” Podziękowałam i odeszłam zamyślona.

Czasami musi upłynąć dużo czasu zanim odpowiemy sobie na ważne pytanie. I nawet warto je w sobie nosić, żeby mogło dojrzeć i aby z naszego wnętrza sama przyszła odpowiedź. Nie staramy się więc za wszelką cenę niczego znaleźć, ale pozwalamy tematowi/pytaniu z nami być, odchodzić, powracać. Odpowiedź – jak to czesto bywa – przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie:)

No więc dziś wiem już czym jest dla mnie rozwój osobisty. I jakoś samo sformułowanie nie wydaje się odpowiednie. Właściwie to nie zależy mi na tym (już) by rozwijać moją osobę:)

I co to znaczy rozwijać? Często na tym polu sugerowane jest nam (lub/i my także mamy takie przekonanie w sobie), że czegoś nam brak, trzeba coś (w sobie / na zewnątrz?) odnaleźć, albo nawet mocniej, że jesteśmy popsuci (w taki czy inny sposób) i trzeba nas naprawić. Nie umiesz radzić sobie z emocjami? Nauczysz się! Nie wychodzą ci związki? My ci pokażemy jak znaleźć miłość życia. Nie masz pieniędzy? Damy ci techniki na wygenerowanie obfitości w twoim życiu. Oczywiście upraszczam oraz nieco ironizuję, ale tak mniej więcej wygląda oferta rynku “rozwój osobisty” (w którym i ja mam swój udział – wiem o czym piszę:). Oczywiście może ona dotyczyć różnych zagadnień: ciała, umysłu, serca, duszy, relacji, pracy…Jednak jest tu wspólny mianownik: brak, niekompletność, potrzeba. Ogólnie to, na czym opiera się kapitalizm…

Tak, ja też, wielokrotnie korzystałam z ofert rozwoju osobistego: warsztaty, coaching etc (psychoterapię jednak odróżniam, ale o niej też napiszę w innym tekście:). I znam wiele osób, które dużo skorzystały z tego typu form.

Wszystko jest potrzebne i to wspaniale (z jednej strony), że jest taka ilość ofert rozwojowych – także adresowanych do grup, które są mniejszościami, na tematy, które zazwyczaj są niszowe. Z drugiej strony jakość tych ofert jest bardzo zróżnicowana. Zajęcia prowadzą “starzy wyjadacze” z pola psychologii czy duchowości, znane medialne postacie, osoby mądre i rzetelne, ale całkowicie nieznane, osoby, które dopiero co skończyły studia (a oferta ich może dotyczyć szerokiego spektrum życiowych zagadnień:), osoby w złym stanie psychicznym, prawdziwi nauczyciele przekazujący to, co mają najcenniejszego, osoby narcystyczne, a nawet psychopatyczne. Tak więc mamy zalew (i moje mdłości chyba do tego zalewu się głównie odnoszą) ofert rozwojowych oraz związanych z uzdrawianiem, ale wybór tego, w co zainwestujemy swój czas, pieniądze, a przede wszystkim nasze zdrowie fizyczne i psychiczne jest bardzo trudny.

Jak decydujemy? Czasami zainteresuje nas tytuł / temat i czujemy “to do mnie przemawia”. Czasami jest to osoba prowadząca, o której słyszeliśmy dobre rzeczy lub już ją znamy, czasami “przypadek” (choć, jak wiemy, nie ma przypadków:), często nasze zapotrzebowanie: czujemy właśnie ten brak, o którym pisałam, potrzebę, swoją nieadekwatność czy mamy problem i chcemy go rozwiązać. Albo właśnie rozwinąć się…

Dobrze sobie jednak postawić pytanie co ma w nas wzrastać? I wziąć pod uwagę, że to się zmienia.

Kiedyś brakowało mi asertywności, nie potrafiłam stawiać jasnych granic. Ale teraz po pierwsze nie mam z tym problemu, po drugie patrzę na temat granic z innej już perspektywy.

Wzrastać może – dzięki życiowym, terapeutycznym i rozwojowym doświadczeniom – nasze poczucie własnej wartości, kontakt ze sobą , polepszać się mogą nasze relacje. Lub przeciwnie. Ostatnio usłyszałam od pewnej osoby: “im więcej chodzę na warsztaty tym gorzej się czuję”. Paradoks? Tylko pozornie.

Wraz ze wzrostem świadomości rośnie w nas dysonans między tym, co wiemy i jak byśmy chcieli a jak faktycznie żyjemy / jacy jesteśmy. Niestety efekt może być przeciwny do zamierzonego (zamierzony to chyba po prostu czuć się lepiej?) zaczynamy wywierać na siebie presję, karać się poczuciem winy, że nie żyjemy według pewnych ideałów, które się nam podobają. I błędne koło gotowe: ciągle więcej wiemy, coraz gorzej się czujemy, aż w pewnym momencie odpuszczamy i albo wracamy do starych schematów albo budzimy się i odkrywamy, że nie o to w tym wszystkim chodzi.

Budzimy się z mitu o skalaniu i dążeniu do naprawienia, oczyszczenia, uzdrowienia. Z mitu braku i konieczności dodania sobie czegoś. Z przekonania (często głęboko zakorzenionego), że coś jest z nami nie tak. Odkrywamy, że jesteśmy w  porządku tacy, jacy jesteśmy.

No dobrze, nie popadajmy w drugą skrajność:) To i owo można byłoby skorygować, ale spokojnie, ze współczuciem wobec siebie i innych, bez napięcia i karania się za “porażkę” gdy się nie udaje. To ścieżka poznawania siebie, naprawdę: naszych ograniczeń, mocnych stron. Uczenia się równowagi między wyrozumiałością i odpuszczeniem a dyscypliną. Zaczynamy rozumieć, że jesteśmy tylko i aż człowiekiem. Mamy dużą część łączącą nas ze światem zwierząt (genetycznie dziewięćdziesiąt parę procent), w tym wspaniałe ciało i zmysły, mamy nasz unikalny  ludzki umysł zdolny do refleksji i samoświadomości, mamy cenne  uczucia, które pozwalają nam nawiązywać relacje ze światem. Wreszcie, otrzymaliśmy wspaniały dar życia, jesteśmy zdrowi (na ogół /  w jakimś stopniu np. możemy się poruszać, widzieć, słyszeć – to cudowne możliwości!).

Gdy obudzimy się i otrząśniemy z całych zastępów fałszywych przekonań, jakimi nakarmiło nas społeczeństwo, rodzina (do paru pokoleń wstecz) oraz my sami możemy przeżyć moment paniki “co dalej?”. Otwiera się przed nami nieznana, rozległa przestrzeń. Czasami warto wtedy skorzystać z rozmowy z mądrą osobą, która już na tej ścieżce jest od dłuższego czasu i nieco poznała tą przestrzeń. Nie chodzi o wiele. Parę słów wytłumaczenia, oswojenia, wzmocnienia na dalszą drogę.

Jesteśmy wtedy w takim miejscu, w którym zaczyna się bezinteresowna pomoc innym. Przychodzi to do nas naturalnie (a nie jako kompensacja naszych rzekomych braków:). Skoro “ja” jest ok to nie wymaga już takiej uwagi: nie trzeba go jakoś specjalnie uzdrawiać, rozwijać. Można je poznawać, troszczyć się, ale to nie zabiera aż tak wiele energii jak wcześniej (zajmowanie się naszym własnym cierpieniem i problemami zabiera nam mnóstwo energii!). Pojawia sie zaintersowanie innymi, ich losem, dostrzeganie okazji gdzie mogę pomóc, coś dać, czymś się podzielić, zrobić coś dla świata. Niekoniecznie w wielkiej skali. Odkrywamy powoli i z niedowierzaniem, iż ta mała, lokalna skala – rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, park obok, las nieopodal, nasz dom – to miejsce, w których najlepiej możemy zrealizować nasz “rozwój”. Przestając szukać wzniosłych idei i uzdrowienia / wzrostu na zewnątrz odkrywamy, że to, co najbliższe, codzienne daje nam ciągle niesamowicie dużo okazji do rozwoju.

Dokąd zmierza Twój rozwój? 🙂

 

 

 

autorka: Barbara Tyboń

http://www.creatifs.pl

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s