Nic, co ludzkie….

Pracując z osobami, które pragną pracować z ludźmi lub już z nimi pracują (jako psychoterapeuci, coachowie, trenerzy, nauczyciele…) często słyszę pytanie o to, co jest najważniejsze. Oczywiście kompetencje (studia, szkolenia, własny proces, superwizja…), oczywiście pewne predyspozycje osobowościowe i motywacje (zainteresowanie drugim człowiekiem, jego światem przeżyć, gotowość do i zdolność do współodczuwania i pomieszczania jego przeżyć…), oczywiście możliwości i chęci. Jednak najważniejszą sprawą według mnie jest poznawanie siebie. Autentyczne, rzetelne, wytrwałe podążanie ścieżką poszerzania i pogłębiania swojej (samo)świadomości.

Co prawda mówi się, iż lekarz nie musi chorować na daną chorobę, by leczyć z niej pacjenta (choć to akurat paradygmat medyczny) jednak w moim doświadczeniu głęboka znajomość swoich własnych zakamarków – często niechcianych i niezbyt przyjemnych – jest w tej pracy kluczowa.

Gdy jestem z osobą w depresji to czuję, widzę i słyszę co się z nią dzieje. Ale także łączę się w sobie z moją depresyjną częścią (tak, tak psychologia dawno już odeszła od paradygmatu jakiegoś jednolitego Ja, jestesmy wielowymiarowi:), a także z moim doświadczeniem depresji choćby trwała ona zaledwie kilka dni czy parę godzin i nie miała charakteru klinicznego. Siedząc z osobą, która przeżyła właśnie stratę otwierając serce na jej uczucia, dotykam swojego zranienia i tego, jak się czułam gdy doświadczałam straty. Znam to z doświadczenia. Wiem, co czuje ta osoba nie tylko słuchając jej, czując w polu jej uczucia, ale też znając to głęboko ludzkie doświadczenie.

Spotkanie w sobie samym różnych “trudnych” emocji, przejście przez doświadczenia będące wyzwaniem wzmacnia nas i otwiera – na siebie i na innych. Usuwa lęk. Dzięki temu mogę towarzyszyć innym, dając swoją autentyczną obecność, otwartość serca i umysłu, doświadczenie przyjęcia i wymiany. Mogę być świadkiem cierpienia nie mojego, które jednak w danej chwili staje się także moim. Możemy współdzielić, współprzeżywać to doświadczenie.

Nie lubię określenia “trudny pacjent”. Nie rozumiem go. Jedyne, co ono we mnie robi to wzbudza strach, opór i niechęć. Etykietka ta przypomina inne, bardziej specjalistyczne: “borderline”, “schizofrenia”, “narcyzm”….Mówią mi one coś w sensie diagnostycznym i to jest cenne jednak niewiele o tym kim jest ta osoba, która siedzi naprzeciwko mnie. A już napewno nie mówią jak z nią być w taki sposób, by obecność ta stwarzała jej optymalne warunki do uzdrowienia tego, co boli i wzrostu.

Ucząc się psychologii kontemplatywnej (wywodzącej się z psychologii buddyjskiej) spotkałam się z takim stanowiskiem, iż to, co sprawia, że “pacjent jest trudny” czy ja się “męczę” jest jakością mojej relacji z nim. To, że stawiam opór sprawia, iż…opór rośnie. To, że mam w głowie etykiety na jego temat odgradza mnie od żywego z nim kontaktu. A tylko z kontaktu, relacji, wymiany płyną odpowiedzi co tak naprawdę się dzieje i jak być pomocną.

Jak to się odnosi do poznawania siebie? Znając siebie potrafimy wyłapać nasze różne strategie i uniki. Czujemy swoje ciało, mamy dostęp do uczuć i myśli. To bogate źródła informacji o tym, w jaki sposób przebywanie z tą oto osobą na nas wpływa. Potrzebujemy znać siebie na tyle, by odróżnić to, co moje i to, co nie moje oraz potrafić usłyszeć i we właściwy sposób użyć tych informacji.

Przykładem może być sytuacja, gdy siedzę z drugą osobą, ona mówi, o sobie, swoim życiu, ale czuję jakieś znudzenie, rozpraszam się, ciało mnie swędzi, myśli uciekają gdzie indziej. Pytam siebie wewnętrznie: o co chodzi? I czekam na odpowiedź. Jeśli znam już dobrze drugą osobę mogę zadać jej to pytanie. Wtedy bywa tak, że odkrywamy razem, że tak naprawdę to, o czym mówi wcale nie jest ważne teraz. Jest coś bardziej żywego, obecnego w jej doświadczeniu. Coś, o czym nie mówi. Oczywiście w ten spoób uczy się on / ona, by takich sygnałów nasłuchiwać także w sobie samej / samym. Za jakiś czas być może powie do mnie “Niby mówię o moim życiu, ale tak naprawdę nie czuję w tym życia. Przyjrzyjmy się temu!”

Gdy nie stawiam oporu niczemu, co pojawia się w moim doświadczeniu uczę się przyjmować wszystko, z czym przychodzi do mnie druga osoba. Nie stawiam wtedy oporu także niczemu w jej doświadczeniu: ani żadnym uczuciom, ani myślom, ani traumom. Powoli może on / ona zacząć się uczyć, że możliwe jest pomieszczanie i obejmowanie wszystkiego, co się w niej / nim dzieje. Pojawia się wtedy odczucie większej przestrzeni, zmniejsza się klaustrofobia, panika i przytłoczenie uczuciami, przeżyciami. Zaczyna istnieć miejsce w środku, w którym możemy je bezpiecznie złożyć, przechować. Nie musimy już impulsywnie ani się ich pozbywać wyrzucając na zewnątrz, ani tłumić. Znajdujemy trzecią drogę. Możemy po prostu z nimi być, być z samym sobą. Towarzyszyć i świadkować sobie.

Jednak uczymy się tego w relacji. Czasami wydarza się to z pierwszymi opiekunami, czasami z kimś innym, a czasami (często) w psychoterapii. Ważne że wreszcie odnajdujemy to miejsce w sobie. Podążamy w ten sposób ścieżką wydeptaną już przez różnych mędrców, duchownych, terapeutów czy tzw. zwykłych ludzi, którzy mieli odwagę podążąć za sobą w procesie samopoznania i nieustraszenie przyjęli także mroczne i budzące lęk miejsca w sobie. Nasza droga jest unikalna a jednocześnie jesteśmy wszyscy ze sobą połączeni . Jedni drugich możemy prowadzić ku tym miejscom: łagodnie, wytrwale, nieustraszenie.

 

 

 

 

 

Autorka: Barbara Tyboń

http://www.creatifs.pl

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s