Koniec patriarchatu.

Teraz właśnie, w zimowe przesilenie, najmroczniejszy czas w roku – w wyniku doświadczeń, obserwacji siebie, innych, świata i lektur – mocno połączyły się we mnie różne wątki związane z kobiecością, męskością i patriarchatem. Więc dzielę się kilkoma refleksjami. Może dla kogoś okażą się użyteczne.

“Przyszłość należy do kobiet” (The future is feminine) – takie hasło pojawiło się na pokazie mody jednego ze znanych projektantów i natychmiast zostało skopiowane na milionach T-shirtów z sieciówek. Widziałam także hasło “Kobiecość jest nową czernią” (Feminity is the new black). Oczywiście stałą jest tu kolor czarny – uniwersalnie modny (symbolika czerni jest też niezwykle interesująca w kontekscie kobiecości, ale to już innym razem) – kobiecość pozostaje elementem zmiennym. Gdyby głębiej czytać te slogany można dostrzec ogromną potrzebę powrotu do tego, co kobiece.

To, co kobiece rozumiem szeroko: to, co miękkie, ciepłe, kochające, przyjmujące, troszczące się. Nie jako przeciwieństwo męskiego (mocne, dające, ochraniające, skuteczne), ale właśnie patriarchalnego. Patriarchalne w znaczeniu sztywności struktury opartej o władzę, struktury wykluczającej, zakorzenionej w agresji i rozmaitych formach przemocy polegających na niewidzeniu innego: czy to człowieka, czy zwierzęcia czy środowiska. W tym sensie patriarchat jest egocentryczny i narcystyczny. Kultura zbudowana na indywidualizmie bez wrażliwości na to, co poza mną (a więc na oddzieleniu) prowadzi do narcyzmu (w znaczeniu ogólnym): patrząc na świat kontemplujemy własne odbicie. A w praktyce wszystko musi być podporządkowane naszym celom, naszym zadaniom, naszej walce – czy to o przetrwanie czy o dominację.  To “moja kobieta”, “mój mężczyzna”, “moja ojczyzna”, “moja rodzina”….. Patriarchat sprawdza się zatem świetnie w korporacji dążącej do maksymalizacji zysków, jak i w całym kapitalistycznym systemie, ale także we wszelkich strukturach hierarchicznych czy to związanych z edukacją, służbą zdrowia czy religią. Dąży do zachowania status quo, a więc swojej władzy, która poprzez wieki pozwoliła faktycznie zbudować potęgę cywilizacyjną. Kosztów tej budowy zaczynamy być boleśnie świadomi dopiero od niedawna.

To, co kobiece nie jest więc zaprzeczeniem czy (gorzej) odrzuceniem tego, co męskie. Jest obecne zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Każdy z nas, o czym dużo pisał Carl Gustav Jung, ma w sobie archetypowe energie obu płci. A nawet nie chodzi o płeć, ale o nazwanie czegoś o wiele większego, czego biologiczna oraz kulturowa płeć jest tylko fragmentarycznym ukonkretnieniem. To większe to np. przyjmowanie z miłością obecne także u mężczyzn czy skuteczne, zdecydowane działanie istniejące też u kobiet. I – podkreślę to – nie mam na myśli stereotypów, ale potężne energie w nas i poprzez nas działające, które stanowią nasze zasoby i dary dla świata. Jednak zablokowane czy zanegowane mogą przybierać przedziwne postaci – tylko tak mogą się odrobinę wydobyć z nieświadomości.

Co więcej: patriarchat nie jest niesiony tylko przez mężczyzn. Znam organizacje, bardzo patriarchalne, których liderką jest kobieta. Znam takie, które właśnie są w rozpadzie, rozkładzie, chorują. A choroba ta jest przejrzystym wołaniem o zmianę zasady zarządzającej, wołaniem o powrót wycofanej, wyrzuconej za drzwi kobiecości.

“Przyszłość należy do kobiet” rozumiem więc w taki sposób, iż to właśnie pierwiastek kobiecy umożliwi nam pracowanie z efektami ubocznymi rozpędzonego kapitalizmu, z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, rozpadem więzi, depresją i samotnością. Pomoże dawać sobie radę zarówno z rozpadem struktur, z ich chorobą, jak i tworzeniem nowych, opartych na innych podstawach.

Proces ten możliwy jest do zaobserwowania zarówno na zewnątrz (zepsucie i rozpad róznych systemów opartych na zasadach patriarchalnych), jak i wewnątrz. Coś starego, dobrze znanego a przez to psedo bezpiecznego musi zostać pożegnane i pozostawione. W przypadku każdej i każdego z nas może być to coś innego.

Przyjrzyjmy się mitowi rycerza na białym koniu, który przyjedzie i będzie idealnym partnerem. Często jest on przekazywany wczesnie i już od kilku pokoleń. Matka mówi do córki: chciałabym żebyś miała wspnaiłageo męża. Jednak ani Zdziś, ani Stać ani kilku innych nie znajduje aprobaty u rodziców. Córka orientuje sie zaś, że oto wpadła w sidła postepnego mitu i sama zaczęła w niego wierzyć. Wierzyć, ze istnieje ktoś dla niej idealny (mężczyzna – rycerz), kto nagle zjawi się znikąd – ktoś bardzo męski, dzielny, wrażliwy, ale i namiętny, prawy (biały koń) i zdecydowany. W domyśle ktoś, kto da nam te wszystkie cechy i uratuje nas przed naszym wewnętrznym zamętem, kto określi nasz kierunek w życiu i nada tożsamość.

To mit wyrażający całkowicie nierealityczne oczekiwania wobec naszego partnera / mężczyzny. Ma tu miejsce projekcja całej naszej własnej mocy i sprawczości na inną osobę. W ten sposób uwikłani w patriarchalny mit (bo wikła on obie płcie) jako kobiety oddajemy całą naszą siłę mężczyznom (lub temu jednemu – temu, który się akurat pojawi albo pasuje do naszych projekcji), a nasze uzdrowienie (przebudzenie – jak w baśni o śpiącej królewnie) czy możlwiość rozwoju, a nawet życia upatrujemy w związku.

Od strony mężczyzny: otrzymujemy ogromny ciężar oczekiwań, projekcji, nadziei. Od początku nie możemy być tym, kim jesteśmy: zostajemy obsadzeni w roli i nie jesteśmy widziani. Wchodzimy w tą rolę zaprojektowaną przez społeczeństwo lecz – jeśli mamy odrobinę kontaktu z rzeczywistością – widzimy jasno, ze to misja niemożliwa (nikt z nas nie uratuje drugiej osoby, nie wykona za nią jej pracy). To powoduje złość, ból i frustracje.

Właściwie w tej historii oboje jesteśmy skrajnie samotni – kobieta ze swoimi projekcjami, mężczyzna z ich niemożliwym ciężarem. Kobiecość i męskość nie mogą się spotkać, kobieta i mężczyzna tym bardziej.

Czy możemy sobie wyobrazić inny scenariusz?

Oto ona, dobrze znająca siebie, świadoma swej energii zarówno kobiecej, jak i energii konia i jeźdźca. Tu metafora może nas zawieść do Platona, który mówił o duszy ludzkiej jako o rydwanie: woźnica to nasz umysł, a dwa konie (narowisty – czarny i łagodniejszy – biały) to pożądanie i emocje. Rolą umysłu jest nimi kierować. Załóżmy więc, że u kobiety – tej, o której mówimy teraz – samoświadomej – umysł przejął panowanie. Widzi ona swoje pasje, swoje uczucia, zna swoje potrzeby i wie jak nimi zarządzać. Czuje też, że pragnie męskości. Rozpoznaje ją w sobie. Nie potrzebuje jej rozpaczliwie na zewnątrz w postaci męża, partnera, adoratora, by móc potwierdzić swoje istnienie i tożsamość. By czuć, że żyje. Ona już dawno żyje i żyje dobrze sama ze sobą. Jednak w sercu odkrywa też pragneinie bliskości, dzielenia się, wspólnoty, związku. Wychodzi do świata z tym pragnieniem i spotyka różne osoby – kobiety i mężczyzn, starych i młodych, obserwuje siebie i drugą osobę. Uważnie dysponuje swą energią i uczuciami. Pojawia się także namiętność, pojawia się miłość. Czasami do “właściwej” osoby, a czasami nie. Ona decyduje z kim zostanie, z kim stworzy rodzinę (albo wybiera, że nie chce rodziny ani/albo związku). 

On zaś podchodząc do niej nie musi ani zakładać zbroi, ani szukać białego konia. Jednak często to robi, chce bowiem przyciągnąć jej uwagę, trafić w jej potrzeby. A nie dysponuje innym skryptem niż ten dobrze znany, patriarchalny. Poznając ją widzi, że może odłożyć na bok te nieco przestarzałe rekwizyty i zaoferować jej swoje serce, umysł i ciało. I że to wystarczy, to dużo. Nawet jeśli był w nim lęk przed odrzuceniem, teraz już go nie: został przyjęty taki, jakim jest naprawdę.

Kobiecość spotyka męskość, a kobieta – mężczyzną. I okazuje się, że nigdy nie było oddzielenia, że to naturalne współistnienie.

Kobieta świadoma swojej kobiecości nie oczekuje od mężczyzny, iż ten uczyni ją prawdziwą kobietą, uratuje ją lub odegra jakąś historię (np. z jej dzieciństwa). Świadomość swojego męskiego aspektu pozwala jej samej podjąć pracę niezbędną do uzdrowienia starych ran i rozwinięcia pełni swojego potencjału.

Mężczyzna świadomy swej męskości  nie musi jej potwierdzać walką, agresją, rywalizacją. Świadomy swej kobiecej strony będzie miał dostęp do swojej wrażliwości, czułości i zdolności do kochania.

Opisałam to, co pragnę wyrazić na temat patriarchatu na przykładzie mitu o rycerzu na białym koniu. Jeśli będziemy obserować rzeczywistość (wewnętrzną i zenętrzną) przykładów znajdziemy mnóstwo. “Tego mi nie wolno”, “tego nie powinnam”, “do tego się nie nadaję” – automatyczie włączający się głos w naszej głowie: sędziego, cenzora, karzącego rodzica, a nawet prześladowcy.

Patriarchalna struktura władzy jest mocno zakorzeniona w naszych wnętrzach. Dlatego, według mnie, nie wystarczą -,czy nie sa możliwe – same zmiany w świecie zewnętrznym (oczywiście są one konieczne). Potrzebujemy intymnej, długotrwałej pracy z sobą samym, z podstawami naszej psyche. Przyjrzenia się fundamentom, rozmontowania odziedziczonych przekonań czy wzorców emocjonalnych. Zweryfikowania historii, jakie sobie opowiadamy i scenariuszy, jakie kreujemy w swoim życiu.

Potrzebujemy głębokiego uzdrowienia naszej zranionej kobiecości męskości i wewnątrz nas samych. Dopiero to umożliwi autentyczny, zrównoważony rozwój – nasz i naszej planety. Nie mówię o tym, by czekać z podejmowaniem działań w świecie do momentu, aż osiągniemy jakiś stan uzdrowienia czy oświecenia w naszym wewnętrznym porcesie. Nie ma na to czasu. Potrzebujemy działać już teraz, ale rozważnie, uważnie, z mądrością i współczuciem, z miejsca świadomości. Odkryjemy wtedy byc może, że nie ma tu oddzielenia – nasza wewnętrzna praca i praca w świecie stają się jednym.

Możemy czuć, że czasy, w których obecnie jesteśmy wymagają od nas więcej niż możemy dać, ale może po prostu zmuszają nas do zobaczenia jasno naszej właściwej miary i tego, ze dotąd żyliśmy mocno poniżej naszych możliwości.

Marion Woodman pisze w “Ciężarnej dziewicy”, iż świadoma kobiecość, której tak bardzo teraz potrzebujemy, by uzdrawiać siebie i świat, sprowadza się tak naprawdę do autentycznego wyrażania własnej duszy. Rozpad struktur opartych na patriarchacie inspiruje do poszukiawania własnego głosu, co może budzić pomieszanie i lęk oraz chęć ucieczki. Ale też możemy zobaczyć tą sytuację jako szansę. Odżałować stratę, przeżyć żalobę (niektórym z tych struktur dużo zawdzięczamy), pożegnać się i otworzyć się na to, co prawdziwe w tej chwili. Nieprzyzwyczajeni do tej samodzielności możemy doświadczać drżenia i niepewności, możemy czuć pustkę. Ale jeśli podejmiemy decyzję skoku w nieznane, poszukiwania odpowiedzi we własnej duszy – znajdziemy ją, odnajdziemy kierunek, a wraz z nim sposoby, by realizować to, co zostało nam objawione. Zaczniemy tworzyć.

 

autorka: Barbara Anna Tyboń, http://www.creatifs.pl

(beautiful) foto: Lucas Mendels

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s