Bycie miłą to przekleństwo

To tytuł książki Jacqui Marson, który bardzo trafnie opisuje to, co czuję, myślę i czego doświadczałam przez lata w powyższym temacie.

Jak pewnie wiele z Was, drogie kobiety, zostałam wychowana w modelu bycia grzeczną, miłą i nie sprawiania kłopotu. Zaangażowanie w duchowość – najpierw chrześcijańską, potem inne, jeszcze mnie w tym umocniło. Miłować bliźniego swego, czynić dobre uczynki, być dobrą osobą. Co w tym niewłaściwego?

Rozległe studia humanistyczne zakończone doktoratem z etyki (!) były dalszym potwierdzeniem dobrze obranego kierunku. Być osobą etyczną, praktykującą cnoty, kierującą się maksymalnym dobrem jak największej ilości ludzi. Studia i wieloletnie szkolenia psychoterapeutyczne zwracały uwagę na złość, agresję….ale łatwiej było widzieć to na zewnątrz: w “złych” ludziach czy organizacjach, w zaburzeniach i kryminale. Tak więc roszczepienie na “dobre” i “złe” trwało dalej w moim umyśle.

Psychologia buddyjska naucza o podstawowym dobru jako wrodzonej, niezbywalnej naturze każdego człowieka. Oczywiście pojawiają się rozmaite zaciemnienia, ale to dobro zawsze gdzieś jest.

Tak więc kontynuowałam program bycia miłą dziewczyną, potem kobietą, uśmiechjąc się do ukrytego dobra nawet tych, co próbowali mną manipulować i na różne sposoby przekraczać moje granice. Jak się domyślacie nie było dobrze. A co więcej, gdy odmawiałam komuś czegoś czułam się winna. Gdy byłam (zdarzało się rzadko, zazwyczaj, gdy zbyt dużo gromadzonych napięć skutkowało wybuchem) też czułam wstyd, zażenowanie i znów poczucie winy. “Nie powinnam była się tak zachować”. “Muszę nad sobą pracować bardziej, żeby wyeliminować takie zachowania, takie uczucia, taką część mnie”. Te monologi miały miejsce w tle na poziomie podświadomym, ledwo je zauważałam, ale – teraz widzę to jasno – wywierały niszczący wpływ na moje życie i relacje.

Ale jest i dobra wiadomość. Przebudziłam się. Ileś lat temu narzekałam do bliskiej osoby, że ktoś, z kim załatwiałam jakąś sprawę formalną był niemiły (to mnie zazwyczaj bolało). I usłyszałam: “Ale jakie to ma znaczenie miły czy niemiły? Był kompetentny? Załatwiłaś swoją sprawę?”. Tak. (Oczywiście ten moment został przygotowany przez wieloletni proces “pracy” nad sobą).

Wreszcie TO usłyszałam. Nie muszę być miła. Naprawdę wystarczy, że jestem rzetelna, uczciwa, pomocna czy cokolwiek innego w zależności od sytuacji. Że jestem sobą. Niczego mi nie brak, niczego nie muszę naprawaić, udoskonalać, ani eliminować. Wszystko jest dobrze. I tak, mogę odmawiać tylko dlatego, że mi coś nie pasuje, źle się z czymś czuję albo po prostu nie mam chęci.

Weszłam na długą i ciekawą ścieżkę praktykowania tego w życiu codziennym, w małych i wielkich sprawach. Z czasem idzie mi coraz lepiej:) Moim celem nie jest ani bycie miłą, ani agresywną. Po prostu nie znaczy nie i nie ma dyskusji na ten temat. A od kiedy dałam sobie w pełni to prawo nie ma poczucia winy. Tak, zastanawiam się, szukam rady, rozmawiam z mądrymi osobami przed podjęciem ważnej decyzji, wsłuchuję się w siebie: w umysł, serce, duszę, ciało.

Zauważyłam (pewnie dobrze to znacie), że ciało zawsze wie, czuje pierwsze co jest dla mnie dobre, a co nie. Umysł jest świetny w racjonalizacji: “no tak, ale…co ci szkodzi spróbować…nie masz powodu żeby odmówić”. Serce przemawia szeptem, w ciszy usłyszeć można jego miłosne zaproszenie: zadbaj o siebie, daj sobie czas i miejsce. Dusza – w moim doświadczeniu – wyraża się w przepływie, wchodzę w coś i czuję tą pozytywną falę i wszystko zaczyna się układać, albo i nie.

Bycie nie-miłą sprawia, że mocniej czuję siebie oraz to, z kim jest mi po drodze a z kim nie. I nie zmuszam się do bycia miłą czy uprzejmą dla tych, którzy chcą mnie w jakikolwiek sposób (świadomie lub nie) nadużyć. Czuję swoją wartość, godność, szacunek…czuję, że mam co dać, ale nie warto rozdawać się każdej spotkanej osobie. Dawanie wymaga mądrości: co, komu, kiedy, jak. Kiedyś bywałąm bliska wypaleniu teraz czuję radość i …szczęście w dawaniu, dzieleniu się: tym, co mam; co wiem; czego doświadczyłam. I często w tym przepływie dawanie jest otrzymywaniem.

I uczę się przyjmować. Nic nie robić. Pozwolić, by przyszło. Odwracam wyuczone wzorce i więcej we mnie poczucia humoru i spontaniczności. Wiem, że nic nie muszę. Że wiele mogę. Cieszy mnie to. Cieszy mnie bycie nie-miłą.

Gdy ktoś mnie o coś prosi rozważam w sercu, staram się poczuć w ciele (czasami natychmiast wiem, czasami zajmuje to trochę czasu) czy chcę i mogę pomóc czy nie. Jeśli odpowiedź jest na tak robię to w miarę możliwości szybko, prosto, niekoniecznie dodając uśmiech czy dobre słowo chyba, że druga osoba tego potrzebuje, a ja to czuję i chcę dać. Czasami czysto technicznie. A czasami odpowiedź brzmi nie. I jakoś nie zastanawiam się nad tym kto co sobie o mnie pomyśli. Szczerze, jest mi to obojętne.

Wiem kim jestem i jaki jest cel i sens mojego bycia tutaj. Wiem jasno jakie są moje priorytety. To pozwala mi nie stawiać pragnień, potrzeb czy żądań innych przed swoim własnym wyczuciem tego, co właściwe. Ufam sobie, ufam życiu, ufam mądrości drugiej osoby. A ta mądrość zawiera w sobie też to, że czasami nie jesteśmy gotowi przyjąć tego, o co prosimy.

Nie ufam bardzo miłym osobom, które mówią i robią coś, czego tak naprawdę nie chcą. To zafałszowanie na jakimś głebokim poziomie jest odczuwalne. Nie potrzebuję być lubiana, przyciągać uwagi, wzbudzać zachwytu. Naprawdę dobrze sobie radzę bez tego. Nie jestem głodna, przeciwnie, poruszam się w obfitości. Współdzielę ją z tymi, którzy są chętni i gotowi.

Bycie miłą jest wspomnieniem, nauką. Gdy pojawia się przebłysk starego wzorca uśmiecham się wewnątrz “aha!”, zauważam i idę dalej. Jeśli zaczyna mi na kimś lub czymś nadmiernie zależeć zastanawiam się o co w tym chodzi, jaka potrzeba jest niezaspokojona. Zazwyczaj gdy ją znajdę, daję sobie spokój.

Każda i każdy z nas pragnie być kochana/y takim, jaki jest; być widziana/y i słyszana/y. To naturalne. Bycie miłą (bo piszę tu akurat o kobiecym doświadczeniu, ale dobrze wiem, że niektórzy panowie też je mają) na najbardziej podstawowym poziomie wydaje się stanowić strategię zapewnienia sobie tej miłości / uwagi / akceptacji. Gdzieś więc musiał wystąpić jakiś jej deficyt.

Nauczyłyśmy się, że gdy jesteśmy miłe, grzeczne i posłuszne relacje układają się gładko, nie dochodzi do spięć i kłótni. Jesteśmy przyjmowane, ale za cenę tego, że prawie nas nie ma.

I tu powracamy do tematu rozszczepienia. By być miłą musimy odciąć się od całej naszej złości, agresji czyli tego, co w nas bardzo żywe, energetyczne i co pozwala nam osiągać nasze cele. Złość to potężna energia. Nauczyłam się lubić to uczucie i dosiadać go jak konia (ta metafora buddyjska bardzo mnie przekonuje). Nie bardzo zwracam uwagę na wszystkie historie, które na ten temat opowiada głowa (typu “biedna ja, podli inni”), ale biorę w posiadanie jej energię i szukam sposobu, by wyrazić ją konstruktywnie. Może posłuży mi do jakiejś zmiany, może do postawienia granicy, zadbania lepiej o siebie czy kogoć…..

Uwolnienie z przekleństwa bycia miłą oddaje nam naszą uwięzioną dotąd w schemacie konformizmu moc i wolność, by być w pełni sobą, wyrażać siebie. Z czasem odkrywamy, że nasze światło przyciąga też innych, którzy pragną tego samego. Nasz przykład pokazuje im jasno, że jest to możliwe.

Co więcej, nasze relacje stają się prawdziwsze: jedne z nich się pogłębią, inne rozpadną. Odnajdujemy w nich więcej radości. I przyjąwszy siebie taką, jaką jesteśmy przyjmujemy też innych, co daje im wspaniałą możliwość wyrażania tego, kim są. Czy może być lepiej?

 

 

autorka tekstu: Barbara Anna Tyboń

http://www.creatifs.pl

 

foto pięknej & gniewnej kobiety: Christopher Campbell

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s