Czas przejścia

Przychodzi do mnie ostatnio taki temat (i to bynajmniej nie tylko teoretycznie): kobiecość i męskość zniszczona, uszkodzona, przyćmiona, przeinaczona przez patriarchalny system (przypominam, że słowa tego używam w znaczeniu: oparty na władzy, sile, hierarchii). Oraz ścieżki uzdrowienia, przebudzenia. Ten tekst stanowi poniekąd kontynuację wpisu “Koniec patriarchatu”).

ZRANIONA / PRZEBUDZONA KOBIECOŚĆ

Spotykam kobiety, które nie znają własnej wartości, nie czują siebie, swojego ciała, nie ufają ani swemu sercu, ani instynktom. Kobiety, które przez lata oddają – rozdają siebie innym (ludziom, instytucjom, ideom) i w momencie przebudzenia (najczęściej spowodowanego przez jakiś wstrząs życiowy) czują się zagubione i zdezorientowane. To naturalne.

Wtedy najbardziej potrzebują kręgu świadomych kobiet, który zapewni takie warunki, w których to, co nigdy nawet dobrze nie urosło mogłoby wreszcie rozkwitnąć. To, co zapomniane, schowane głęboko, mogłoby odzyskać swój blask. Taki krąg może się zacząć nawet od jednej przebudzonej, czującej siebie i swoją moc kobiety, która będzie towarzyszyć, cierpliwie, z miłością, dostarczając wszystkiego, co potrzebne, by to, co wymaga uzdrowienia zostało uzdrowione a to, co ma się rozwinąć osiągnęło z czasem pełnię swoich możliwości.

Dla mnie towarzyszenie / świadkowanie innym kobietom w tym procesie jest bardzo poruszające i pełne piękna. Oczywiście ja także mam i miałam swoje towarzyszące przebudzone kobiety: czy to w kręgu czy sam na sam.

Potrzebujemy siebie nawzajem, by uzdrawiać zranienia, które często wcale nawet nie są (lub nie tylko) nasze własne, ale przekazywane z pokolenia na pokolenie w rodzinie, społeczności, kulturze. Potrzebujemy świadectwa innych przebudzonych, by wzrastać i stawać się takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. I by żyć życiem, jakiego pragniemy. Swoim własnym.

Spotykam też kobiety silne, odnoszące sukcesy, jak śpiewała Maria Peszek “kobiety – pistolety”. Czasami one również bywają w moim gabinecie. Zazwyczaj, gdy coś się spektakularnie rozpadnie. A teraz jest właśnie czas rozpadu starych, opartych na władzy i sile struktur.

Albo więc pozwolą odpaść staremu wzorcowi albo same się rozpadają. Przychodzi wściekłość, depresja, lęk. Okazuje się, iż jednak nie wszystko można mieć pod kontrolą.

Zniszczenia są w tym przypadku równie dotkliwe jak u kobiet zdominowanych przez męskie postacie i struktury. Sytuacja jest bardzo podobna, tylko tu kobieta staje się mężczyzną, wchodzi w jego rolę, gra według reguł męskiego świata…i często zdobywa w ten sposób autorytet i przywileje. Taka kobieta może być jednocześnie świetnie zorganizowaną matką, żoną. Jednak identyfikując się nie z tym, co własne, autentyczne zatraca siebie. Gdy przychodzi kryzys próbuje za wszelką cenę działać tak, jak dotąd, ale jak wiemy “więcej tego samego” nie działa. Potrzeba zmiany, a zmiana wiąże się z utratą, a także z przechodzeniem przez trudne dla nas stany niepewności, chaosu, mroku.

Kobiety-pistolety, którym odebrano broń (może właśnie po to, by mogły rozpoznać swoją prawdziwą naturę?) także potrzebują wsparcia, jednak mogą mieć trudność w jego przyjęciu. Mit indywidualności i samodzielności ogranicza doświadczenie wspólnoty. Zazwyczaj dobrze robi im spotkanie z kobietą / kobietami, które przeszły tą drogę: od najwyższych stanowisk w korporacji po odkrycie, że ich życie jest puste i w głębi duszy tęsknią za czymś innym…

Te, które poszły za swoją tęsknotą, za pragnieniem serca mogą prowadzić, oświetlać drogę i dodawać otuchy tym, które dopiero poczuły (lub dopuściły do siebie) pierwszy oddech zmiany. Oczywiście korporacja jest tu tylko metaforą. Czasami potrzebujemy wyjść z toksycznego związku (albo wejść w związek), zrezygnować z kariery naukowej (albo właśnie ją rozpocząć). Jest tu wiele scenariuszy.

Wspólny mianownik stanowi to, że nie żyjemy własnym życiem, realizujemy jakiś program (czy to małej dziewczynki, która potrzebuje opiekuna czy to silnej kobiety, która nie potrzebuje nikogo). Gdy – w wyniku doświadczeń czy wglądu – pojawi się w nas przebłysk tego innego, za czym tęsknimy, rozpoczyna się proces zmiany, przejścia. Nie wiemy dokąd idziemy więc odczuwamy lęk. Czasami czujemy jakbyśmy miały umrzeć. Intuicja podpowiada, że w jakiś sposób potrzebujemy zostawić za sobą wszystko, co mamy, czy kim jesteśmy / byłyśmy dotąd.

To, czego potrzeba w takiej chwili to zaufanie procesowi transformacji, zaufanie sobie i ktoś (czy to jedna osoba czy całe plemię), kto będzie z nami: będzie słuchał, widział, przyjmował, nie oceniał i nie mówił, że to nieważne i “weź się w garść”.

Musimy się rozpaść, by poskładać się na nowo. A do tego potrzebujemy bezpiecznej przestrzeni, środowiska, w którym możemy poznawać, eksplorować, odkrywać to, czego jeszcze w sobie nie znamy. To, co być może zawsze w nas było, ale nigdy nie mogło zostać uznane, rozpoznane, a teraz już nie może dłużej czekać. Czujemy, że albo pójdziemy tą ścieżką, na którą zaprasza nas nasza dusza (czasami przez trudne doświadczenia życiowe), albo stanie się coś o wiele gorszego. Albo, że nie ma innej drogi. Nie mamy już wyboru, odwrotu, nie ma powrotu do przeszłości.

Którejś księżycowej nocy wypowiedziałyśmy pragnienie: “pragnę odsykać siebie” albo: “chcę wiedzieć jaka jestem naprawdę”, albo: “chcę żyć pełnią moich możliwości”. Zainicjowałyśmy zmianę i teraz to, czego szukałyśmy odnajduje nas. Pójście w tą stronę wymaga od nas poddania się, pozostawienia za sobą starych koncepcji, dawnej JA.

Niesie dary, które trudno nam jest sobie wyobrazić i jakość życia, którą możemy przeczuwać w momentach połączenia ze swoim sercem i ciałem.

***

W tzw. trójkącie dramatycznym mamy do czynienia z ofiarą, oprawcą i ratownikiem. Wszystkie trzy role stanowią uwikłanie i żeby się uwolnić potrzebujemy rozpoznać, postawić pod znakiem zapytania, zbadać i ostatecznie opuścić każdą z nich.

Oprócz kobiet zdominowanych / uległych oraz kobiet dominujących / nie ulegających mamy w tym spektrum jeszcze dużą grupę wszelkiego rodzaju ratowniczek. W roli tej odnajdywać mogą się terapeutki, lekarki, nauczycielki…. ale bycie w funkcji pomocowej nie musi być sformalizowane, nie musi być pracą. Czasami jest wewnętrzną pracą, programem: aby przetrwać muszę się opiekować innymi. Bez mojej pomocy on/ona/oni nie poradzą sobie. W tym modelu łatwo nadużywamy siebie i oddajemy cała swoją energię na ratowanie innych – czy oni tego chcą / potrzebują / mogą przyjąć czy nie. Identyfikujemy się z rolą uzdrowiecielki, ale w momentach słabości wylewmy łzy, że ni ma nikogo dla nas. Ciągle słuchamy innych, ich problemów, nikt nie słucha nas. Oczywiście daje to gratyfikację: jesteśmy takie ważne. To do nas zwracają się inni ludzie gdy mają problem. Jesteśmy takie mądre. Takie potrzebne.

Niestety skrajny brak równowagi w tak (skośnie) ustawionych relacjach pogłębia tylko nasz głód, który zagłuszamy karmiąc innych. I dopóki nie staniemy obok tej uwodzącej roli i nie zobaczymy jasno, że to my jesteśmy tymi, które potrzebują wsparcia, ciepła, wysłuchania nie będziemy mogły w autentyczny sposób żyć i pomogać innym. Jest głęboka mądrość w stwierdzeniu, iż nie nakarmimy innych naszym brakiem, ale gdy dajemy z naszej obfitości to i my, i druga osoba – oboje mamy więcej. Dając z obfitości w naturalny sposób będziemy kierować drugą osobę ku jej obfitości, ku jej zasobom. I ani w jawny, ani w ukryty sposób nie będziemy nic od niej chcieć poza radością z naszej wymiany, poza zadowoleniem z jej wzrostu.

Jeśli chodzi o kobiety – ratowniczki to też czesto pomocna bywa rozmowa z tymi, które przeszły przez ten etap i stały się “zranionymi uzdrowicielkami” – wiedzą o swoich ranach, uzdrowiły jej lub uzdrawiają, wiedzą kim są i z tej pozycji, bardziej partnerskiej wspieraja innych w przebudzeniu do autentyczności.

STŁAMSZONA / ŚWIADOMA MĘSKOŚĆ

Spotykam mężczyzn, którzy nauczycli się / zostali wytrenowani w tym, by zaprzeczać swojemu pierwiastkowi kobiecemu poprzez dewaluację, pomniejszanie kobiet i tego, co kobiece. Oraz takich, którzy czują lęk. Kobiecość – ta autentyczna, pełna mocy opartej na wrażliwości, rezonuje w nich i kieruje ku takim obszarom odczuwania, których niegdy nie czuli (stłumienie), obawiają się poczuć lub odczuwają dyskomfort. Niektórzy z tych mężczyzn będą sięgać po różne ideologie, po role, funkcje i światopoglądy po to tylko, by nie uznać swojego wewnętrznego kobiecego pierwiastka.

Będą tępić wszystko, co słabe, inne, by utwierdzić sie w swoich racjach i zasadności status quo. Często naprawdę trudno dostrzec cierpienie tych mężczyzn. Nigdy nie mogą zdjąć zbroi, odprężyć się, pokazać swojej wrażliwości i uczuciowości. Może jedynie w formie złości. A pod tą złością jest tyle innych uczuć, że często przejawia sie ona jako wybuch ślepej furii, jako przemoc, agresja. Nikt nie widzi lęku, smutku i zagubienia skutecznie schowanych pod maską maczyzmu, kultem siły czy osiągnięć.

Tak, ja w przypadku kobiet – pistoletów dopiero gdy życie przynosi jakieś bardzo trudne doświadczenie stuktura ta może zacząć nieco pękać. Jak ważny byłby wtedy krąg mężczyzn, który utorowałby drogę ku możliwości czucia, płaczu, śmiechu, odkrycia, że mamy w sobie -identycznie jak odrzucana dotąd kobiecość – ogromny świat  przeżyć, uczuć, wewnętrzny świat.

Gdy zbroja topnieje, zaczyna rozmrażać się serce i ciało. Możemy zacząć czuć więcej, co nie jest łatwe ani przyjemne. Dociera do nas ogromny ból i tłamszone przez pokolenia uczucia od których odcinialiśmy się w imię “prawdziwej męskości”. Czujemy żal i bunt. Musimy na nowo stworzyć siebie. Odkywamy, krok po kroku, że choć czujemy, że coś zostało nam odebrane, tak naprawdę zyskujemy. Coraz lepiej układają się nasze bliskie relacje. Zaczynamy widzieć i czuć mnóstwo zjawisk, które wcześniej nam umykały i byliśmy zaskakiwani. Zaczynamy bardziej uczestniczyć w życiu, bardziej czuć swoje ciało i to, jak je nadwyrężaliśmy przekraczając jego możliwości. Zaczynamy widzieć siebie, innych mężczyzn _ tych zagubionych i tych na ścieżce przebudzenia oraz kobiety. Nasza wrażliwość pogłębia sie i z zaskoczeniem obserwujemy jak wspiera nas a nie “dołuje” i pozbawia sił.

Spotykam też mężczyzn, którzy nie mogą być mężczyznami. Został im zadany wzorzec, który pielęgnują przez całe życie. Ten wzorzec może dotyczyć niewidzialności. “Bezpieczniej jest się schować”. Szczególnie pod spódnicą dominującej matki, która nie znosi odrębności, a potem “pod pantoflem” żony. Tacy mężczyźni często uciekają w inny świat: fantazji, gier, książek, pracy….Wycofują swoją męskość lub realizują ją gdzie indziej, ale nie z bliskim związku. Gdy jednak trafiają na kobietę, która pragnie obecnego, zaangażowanego partnera, w dodatku zaś zaintereosowana jest tym, jaki on jest naprawdę automatyczny program musi się załamać. Może mieć miejsce wielki sztorm, w którym wypłynie cała tłumiona wiele lat wściekłość i żal.

Obecność świadomej osoby może pomóc uświadomić sobie do kogo i o co ten żal oraz wskazać ścieżkę pracy z tymi intensywnymi uczuciami.

Wracając do trójkąta dramatycznego. W przypadku mężczyzn mamy analogiczną sytuację: jedni będą czuć się ofiarami (swoich matek, żon, losu….), inni będą (nie) radzić sobie z uczuciami poprzez wchodzenie w rolę oprawcy. Jeszcze inni wyspecjalizują się w byciu ratownikami (kobiet, zagrożonych gatunków, sytuacji kryzysowych…). Ta rola – najczęściej za-dawno, dawno, dawno temu – musi zostać zidentyfikowana, rozmontowana i odłożona na bok. Żadna z nich bowiem nie pasuje do życia dojrzałego mężczyzny (ami kobiety). Każda z nich budzi nadzieje i w równym stopniu rozczarowuje pozostawiajac nas z niczym.

Trójkąt dramatyczny musi zostać przekroczony. Potrzebujemy się przebudzić. I zazwyczaj nie jest to chwila, ani nawet dzień, czasami są to lata pracy nad sobą. Jednak, gdy przychodzi ten moment, że widzimy jasno kim jesteśmy, zyskujemy poczucie wolności.

Piszę o czasie przejścia, gdyż wiele przebudzonych kobiet i wielu świadomych mężczyzn łączy się w tych czasach w kręgi, by dzielić się swoją wizją i inspiracją. Są to kręgi, które wyobrażam sobie jak połączone światła. I pokładam nadzieję w tym, że przyczyniają się one do tego, że faktycznie jest nieco jaśniej.

Pracując indywidualnie i grupowo z różnymi ludźmi (nie ukrywam, że w większości z kobietami) widzę ten proces przejścia od własnego pomieszania, zagubienia, niepewności ku odkryciu, rozbudzeniu i pielęgnowania własnego światła. Widzę je w każdej osobie, tak właśnie: w każdej. Jednak nie każda(-y) z nas ma w tym momencie odwagę, gotowość i energię, by wejść na tą ścieżkę. Zaproszenie lub bezzwłoczne wezwanie przychodzi do każdej (-ego) z nas w swoim czasie.

Co możemy zrobić? Miejsce, wolną przestrzeń, trochę ciszy. Możemy słuchać siebie, codziennie, choć przez chwilę. Gdziekolwiek teraz jesteśmy w naszym życiu jest to najlepsze miejsce, by zacząć.

 

 

 

Autorka: Barbara Anna Tyboń

http://www.creatifs.pl

Foto: Soroush Karimi

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s